Kanapowy Terapeuta

Po Bardzo Ważnej Rozmowie, wróciłam wczoraj do domu struta i podłamana. Jeszcze nie do końca dotarł do mnie jej przekaz, więc żałość którą wyraziłam ograniczyła się do strumienia, a nawet dwóch, łez, wylanych w rude, nic nie rozumiejące futro. William snuł się, patrzył na mnie pytająco i nie wiedział jaka teraz jest jego rola i co właściwie ma zrobić ze sobą. Zasnął mi na nogach, a rano to ja prawie zamiauczałam do niego, żeby dał się miźnąć. Przyszedł łaskawie i nawet zagruchał.

Do domu wróciłam dzisiaj już nie płacząca ,bo rozmyta, roztarta maskara na spojówki nie robi jednak najlepiej, ale najwyraźniej epatuję smutkiem i rozbiciem w dwójnasób. Kot przechodził sam siebie. Skuliłam się na zielonej kanapie dość tępo wpatrując się w jakiś sitcom. Najpierw cicho zamiauczał, potem poczułam na nogach ciężarek. Ciężarek przemieszczający się w stronę głowy. Po chwili na uchu wylądował mi mokry języczek. „Hej, no co jest? Mrrrr. Uśmiechniesz się trochę?”. Serce zabiło mu ciut szybciej. Kicia, przemieściła się na oparcie kanapy i usadowiła naprzeciwko moich oczu. Spojrzał uważnie lekko zezując. „Bachna, no co się dzieje? No! Zobacz, ja Cię kocham. Chcesz dowodów? Proszę Cię uprzejmie. Noski noski. Jeszcze raz? Dobra. Za ten smutek jeszcze raz. Noski noski. Lepiej trochę? Bo ja jeszcze Cię mogę pogłaskać po buzi. Ja też lubię jak mi policzki wymiziasz, To, o proszę. Słonko moje Ty taka duża, ja taki mały, ale Cię tymi tygrysimi łapkami obejmę najmocniej jak potrafię. No, a teraz już się nie mazgaj, tylko masz tu brzusio moje, sama mówiłaś, że kocie futro uspokaja, to ja już się poświęcę, masz odstresuj się na każdym kawałku jakże drogocennego porostu mojego ciała”.

William rozczulił mnie do granic możliwości. Dużo czytałam, dużo słyszałam o kociej empatii, o tym, jak potrafią pocieszać Swoich Ludzi. Ale jakoś nie chciało mi się w to wierzyć tak do końca. Przyznaję się do tego, ja, niewierny Tomasz. Dzisiaj poczułam Wielką Miłość zamkniętą w małym serduszku. I tego, czego doświadczyłam przez te dwie godziny na kanapie, naprawdę nie da się nawet opisać.

Reklamy

Sobotni poranek

Mimo oczywistej zawartości alkoholu w mojej krwi, Kot został w nocy zakroplony. Miałam nadzieję pospać do kolejnego zakraplania, czyli do 9-tej. Jest sobota, ja jestem po imprezie, należy mi się! Nie jest to jednak takie proste kiedy ma się w nogach młode, żywotne, zdrowiejące i co najważniejsze – wyspane futro.

Kochana moja Basiu, żebyś przypadkiem nie miała kaca jak się obudzisz mam dla Ciebie coś specjalnego. Bo mimochodem gdzieś słyszałem, że akupunktura jest rewelacyjna na wszystko. Mówisz, że mam szpileczki zamiast ząbków, to chyba się nadadzą. O, i palec wystaje spod kołdry. Idealnie! Mam nadzieję, że docenisz to, że robię dla Ciebie coś o 6 rano!

Jezu, czuję mrowienie w stopie. Co się dzieje? Czy ja znowu coś głupiego poalkoholowego zrobiłam. Nigdy więcej wina zmieszanego z szampanem!

O, rusza się, to znaczy, że mój zabieg działa. Przyłożę się bardziej w takim razie.

No tak. Kot się obudził. Od wczoraj zdrowieje. Proszę, błagam, nie zamieniaj się od rana w króliczka Duracell’a! zostaw trochę tej energii na później. Poduszka na głowę i może uda mi się jeszcze zasnąć. Chociaż na chwilę.

O! podusia! Jak ja dawno na niej nie leżałem, a Basia najwyraźniej zaprasza. Jak miło, cała dla mnie! Mrrrr!

Mam Kota na głowie. Kota w głowie. Mam Kota. I sama tego chciałam.

Urodzinowy prezent od Kuby…

Piątkowy wieczór obfitował w okazje do świętowania. Bo William zdrowieje, bo ciocia B. obchodzi kolejne 18 urodziny, bo wujkowi Ł. przysłali legitymację seniora. Wino lało się zatem strumieniami, i niczym w Kanie Galilejskiej, z kieliszka na kieliszek stawało się lepsze, i – co najważniejsze – nie kończyło się.

Zaskoczenie cioci B. było ogromne i chyba w naszym gronie popularyzowane będą przyjęcia niespodzianki. Urodzinowe zwłaszcza. (teraz chyba moja kolej, udam, że się nie spodziewałam zatem). Odśpiewaliśmy gromkie „Sto lat”, wtórował nam Gapcio, który mimo sędziwego wieku również chciał dać coś od siebie. Prezenty, szampan, tort, szampan, kolejne sto lat, szampan. I nagle pojawił się Kuba. Zapomniałam już jak wyglądają DUŻE koty. Koty polujące, koty wychodzące, koty dachujące. Pojawił się w drzwiach tarasu, jego rude futro lśniło w promieniach zachodzącego słońca. Dostojnie wkroczył do pokoju. Z miną zdobywcy, myśliwego, który wraca do domu żądając pełnej atencji. Tym razem Kuba przyszedł na przyjęcie. I to nie byle jakie. Przyjęcie urodzinowe, przyjęcie z prezentami. Prawdziwy Kot nigdy nie przychodzi bez prezentów. Prawdziwy Kot wie, co ucieszy Prawdziwą Kobietę. Dlatego Prawdziwy Kot Prawdziwej Kobiecie składa w hołdzie i prezencie urodzinowym MYSZ!

I naprawdę byłam jeszcze trzeźwa i wszyscy to widzieliśmy! I TA mysz naprawdę leżała u stóp cioci B i tych, co siedzieli na kanapie, czyli moich między innymi.

Jak dobrze było wrócić do mruczącego, słodkiego, zaspanego, najbardziej uroczego na świecie koteczka.

Jak się masz koteczku?

William wizytę u veta przyjął raczej obojętnie. Już się chyba przyzwyczaił. Obdarzył załogę ER pogardliwym raczej spojrzeniem i wszystko przyjął z godnością. Jak zwykle. Ale dla mnie ta wizyta była przełomowa, bo zapalenie ustąpiło. Teraz trzeba pracować nad odbudowaniem rogówki, ale co to dla nas? Oswoiłam już drugi budzik, który pieje w nocy przypominając o zakraplaniu. Że będzie to trwało jeszcze trzy tygodnie? Niech trwa! Dla błysku w lewym oku Williama zrobię wszystko!

A teraz trzeba to uczcić!

piąteczek

Z racji pewnej awarii pracuję z domu. Nocne wstawania trwają już dwa tygodnie i w zasadzie mój organizm przestał potrzebować budzika. Otwieram oczy zanim zabrzmi drzemka. Will chyba też przyzwyczaił się do nocnego zakraplania, bo nawet nie otwiera zdrowego oka. W ramach zadośćuczynienia za ingerencję w lewe, muszę mu natomiast ustępować miejsca na poduszce. A niech udeptuje te moją krowiastą pościel, poluje nawet na bawełniane krasule, tylko, niech diagnoza dzisiejsza będzie bardziej optymistyczna. Już nic nie wyrokuję i nie słucham tych, którzy twierdzą, że jest lepiej. Chcę to usłyszeć od doktora D. Jemu wierzę, jemu ufam, w nim pokładam nadzieję. A William? Hmm…

Kobieto dezintegrujesz mi rzeczywistość. Tydzień wozisz mnie do raju kociego. Pełno ludzi gotowych na każde moje miauknięcie. Kobiece kolana, przeróżne, ponętne i dla mnie tylko. Spódnice zwiewne, pod które z lubością nurkować mogę, narażając się jedynie na śmiech perlisty, nigdy oburzenie. To, co się w kuchni dzieje, to ja Ci absolutnie nie powiem, bo zawału dostaniesz i kto mnie karmić będzie? Biegać mam gdzie, gryźć mam co, do spania kanapa (no, może od jakiegoś czasu już nie). Fundujesz mi tydzień bardzo kreatywnego sanatorium. A później zostawiasz samego. Na całe 9 godzin. Przecież, gdyby nie Pani Lu, zanudziłbym się na śmierć. Owszem, mam rozrywk,i ale po co się męczyć, jak nikt nie patrzy. Mam nadzieję, że jak już będziesz chciała iść spać, to chętnie obejrzysz mój spektakl. Tylko pamiętaj, ja jestem kotkiem interaktywnym. Nie odstawiam Bollywooda, żeby Cię uśpić. Przeciągnij wstążeczkę, pstryknij piłeczką. No, nie ziewaj, ja Cię proszę, obrażasz mnie normalnie. Marudzisz, że późno. Zawsze musisz mieć jakiś problem. Weź przykład ze mnie. Śpij po prostu w ciągu dnia i wszystko będzie łatwiejsze!

To ja się przygotuję na wizytę u veta. I podejrzewam że dzięki uroczemu Koteczkowi dzisiejsza wieczorna impreza skończy się dla mnie b. szybko. Mimo, że Pani Lu, obiecała zakroplić Kota o 21.

Pieseczki, drapaki i inne atrakcje

Wiemy już coś więcej o koteczku. Koteczek chronicznie nie znosi pieseczków. Zwłaszcza tych, które się nim interesują. Zwłaszcza jednego. William, Bardzo Chory Kot, Kot, który nie ma siły ruszyć łapką, Kot, którego absolutnie trzeba tulić cały czas, bo przecież nie ma siły, na widok pieseczka, zamienił się w dziką bestię. Objętość Kota zwiększyła się dziesięciokrotnie. Ogon Kota wydłużył się dwudziestokrotnie. Głos kota, zabrzmiał groźniej niż ś.p. Pavarottiego. Pazury kota, wryły się w kochającą rękę z reklamową siłą wodospadu. Wielka, sycząco-warcząco-drąca się ruda kula, pomknęła z prędkością światła do domu. Czyli już wiemy, że William pieseczków niekoniecznie.
Jak wiemy William choruje. Wiemy również, że choremu dziecku kupuje się więcej zabawek. Że na chore pomysły chorego dziecka przymyka się raczej oko. Dziecko dostało więc wczoraj furę napędzanych myszek oraz drapak w kolorze dziecka zwieńczony budką. Wczoraj zainteresowanie nowymi gadżetami było raczej zerowe, natomiast dzisiaj okazały się nader interesujące. William kocha pluszowe myszki, William kocha wisieć głową w dół, William kocha udawać drapakowego koalę. Ale najbardziej na świecie William kocha korki z butelek po winie, druciane zamknięcia woreczków, coś, co jest na podłodze ale ja tego nie widzę oraz rakietę do tenisa. William zdobywa, walczy i poznaje. Nie chcę zapeszać, ale chyba zaryzykuję. William wraca do zdrowia.

Kolejny tydzień zepsutego oka

“Nienawidze futrów”. To zdanie z manikalnym uporem powtarzała Joanna. “Albo kot, albo ja. Jak będziesz miała w domu coś miaukliwego, moja noga u Ciebie nie postanie”, odgrażała się permanentnie. Nawet kiedy odbierała ze mną rudą kulkę z hodowli pełna była sceptycyzmu. Kot to kot tylko, no fajny, ale Barbarka ja Ci mówię do futrów się nie przekonam nigdy. Dobra, myślę sobie, jak wiemy nie wszyscy za futrem przepadają, byleby Joanna nie sprawdzała tylko zbyt brutalnie kociej wytrzymałości. Williamowi wytłumaczyłam, że na weekend będzie u nas ciocia i żeby może za bardzo nie epatował kocizmem, bo ciocia niekoniecznie lubi futra. W piątek Joanna stanęła w drzwiach, a William nie pomny na moje nauki ufnie przylgnął jej do nóg. Joannie na twarz wypłynął znajomy mi skądinąd uśmieszek ,ale twardo obstawała, że najbardziej na świecie kocha jednak wyżła i żaden kot, nawet rudy i chory jej serca nie podbije.

W sobotę wina wypiłyśmy sporo. Wydawało mi się jednak, że ta ilość spożytego alkoholu nie powinna zaburzyć mojej percepcji i odbioru rzeczywistości. Z Joanną zaczęły się jednak dziać rzeczy dziwne. Zamiast słów z jej ust wydobywały się dźwięki bliżej nie artykułowane, przypominające miauczenie, kicikicianie i pomrukiwanie. Co chwile padała na kolana szukając koteczka, a gdy już znajdował się w zasięgu jej rąk, nagle szybko przenoszony był na Asine kolana. W niedzielę stan Joanny się pogorszył. Nie dopiła kawy, nie dopiła wina, ograniczyła palenie. Dlaczego? Dwa słowa: koteczek i kolanka. Zaczęłam myśleć nad kontaktem ze specjalistą. Wieczorem przyszła do nas, że ona poczeka, aż zaśniemy i sobie pójdzie, ale teraz troszkę pomizia… Skończyło się na tym, że spała na karimacie, wciśnięta między mnie a biurko, z koteczkiem ufnie przytulonym do jej boku. Rano zamiast dzień dobry wymruczała „Basik, ja kocham to futro”. William zdobywca. Także kobiecych serc…