Nie wszyscy kochają koteczka…

Czwartek

Especially dedicated to P.J.
Dzisiaj zaobserwowaliśmy dwa rodzaje wujków. Wiemy już, że są wujkowie dobrzy i wujkowie źli. Wujkowie dobrzy martwią się o Koteczka i wymyślają przeróżne rozrywki, żeby odegnać od rudego łepka wszystkie smuteczki. Dobrzy wujkowie, odczepiają od swoich telefonów łańcuszki, bo Koteczek łańcuszki zdecydowanie preferuje. Dobrzy wujkowie przynoszą znudzonemu monotonią zabawek Koteczkowi plastikowe kubeczki oraz rolki
taśmy klejącej, bo przecież tym Koteczek jeszcze się chyba nie bawił. Dobrzy wujkowie wożą koteczka swoimi samochodami, żeby się nie przeziębił. Dobrzy wujkowie patrzą na Koteczka z czułością i cieszą się każdą oznaką powrotu do zdrowia Koteczka. Koteczek oczywiście zdrowieje szybciej dzięki trosce dobrych Wujków.
Drugi rodzaj wujków jest gatunkiem rzadkim i miejmy nadzieję, na wymarciu, ale zdarza się niestety czasem, choćby po to, żeby potwierdzić regułę. Na drodze Koteczka stanął niestety taki zły wujek. Zły wujek jest osobnikiem złośliwym i nie widzącym nic więcej niż koniec własnego nosa. Zły wujek jest pożalsięboże estetą, któremu się wydaje, że zjadł wszystkie możliwe rozumy. Zgodnie twierdzimy, że jeśli tak, to zawęzić
należy definicję rozumu do kurzego, choć nie chcielibyśmy tutaj urazić żadnej kury. Złemu wujkowi Koteczek śmierdzi. Według złego wujka śpiący przez 7 godzin Koteczek wykazuje nadpobudliwość graniczącą z ostatnim stadium ADHD. Zły wujek Koteczka się brzydzi po prostu. Zły wujek ma problemy z artykulacją swoich problemów i wyraża je żałośnie i chamsko.
Należy to jednak złemu wujkowi wybaczyć jeśli odwołamy się do wyżej wymienionej analizy jego rozumu. O złym wujku nic już nie napiszemy. Bo wiele słów, którymi operujemy, jak empatia, współczucie czy smutek są egoistycznemu wujkowi obce po prostu. Złego wujka żal nam w sumie, bo wiemy, że wredność i paskudność, którymi zły wujek epatuje wrócą do niego w dwójnasób. Czego mu oczywiście z całego naszego dobrego serca
życzymy.
O ciociach będzie kiedy indziej. Bo gatunek cioć jest tylko jeden. Ciocie miziające, miauczące, bawiące, karmiące i ciamkające. Miłe, choć czasem dość upierdliwe. Czego się jednak nie robi dla ludzia z wielkim sercem, żeby mu się wydawało, że jego głupawe zachowanie bardziej uszczęśliwia niż bawi Koteczka. No, ale takie są kobiety właśnie. Byle im
mruczeć, terkotać i furkotać. Za cenę takich rozkoszy Koteczek może się poświęcić.

Piątek w dziale multimediów
Dzisiaj zabraliśmy swoje zabawki ze studio. Wzięłam pod pachę swoje jabłuszko i z całym kocim majdanem przenieśliśmy się na dół do serdecznych wujków z działu multimediów. Sir William kolejną Wielką Zmianę przyjął jak zwykle z godnością. Początkowy stresik bardzo szybko zamienił się w ciekawość i fascynację nowym otoczeniem. Po pierwsze biurka. Inne niż na górze. Kolorystycznie bardziej pasujące do Williamowego futerka, które rano było bardziej rude, a mniej szare. Teraz futerko jest zdecydowanie w odcieniu szarości, ponieważ zebrało większość firmowego kurzu. Na nowych biurka jest też dużo fajniejszych rzeczy. No i życzliwi wujkowie, którzy koteczka zabawiają. Jest też wielkie okno i lusterka przy podłodze. Kot usposobiony jest dość narcystyczne, bo permanentnie ogląda się ze wszystkich stron. Po krótkim zastanowieniu postanowił nie ograniczać sobie przestrzeni. Zwiedził kuchni, sekretariat, dział handlowy i księgowość. Pojawił się pewien problem przy pokonywaniu ścianek działowych. Są szklane. Skąd mały, niedoświadczony koteczek mógł wiedzieć, że przez nie nie przejdzie. Mam wrażenie, że po paru zderzeniach ze szklaną powierzchnią jego egzotyczny pyszczek jest trochę bardziej płaski… William był wszędzie. Za schodami, pod schodami, za lodówką, w lodówce, na klawiaturach, pod monitorami. Wszędzie, gdzie tylko mógł się wcisnąć, lub gdzie został wciśnięty przez serdecznych człowieków. Zamiótł wąsami wszystkie kurze, do których nie dosięga miotła pani Zosi, wyfroterował płytki tarzając się po nich, a na koniec włożył całą głowę do dużego kubka po jogurcie. Po wszystkich tych wyczynach, niezwykle dumny z siebie, zasnął Jackowi na klawiaturze wsłuchany w jakże subtelne dźwięki, które wydaje z siebie zespół Metallica. 
Wieczorem pieczemy razem muffinki na przyjazd Joanny. Już się boję, co tym razem wykoncypuje rudy łepek, który najwyraźniej ma ochotę rozładować kumulowaną przez ostatnie chorobowe dni energię. Zastanawiam się, jak będzie się zachowywał, gdy będzie całkiem zdrowy… Chociaż może lepiej, żebym tego nie wiedziała…


Reklamy

W międzyczasie…

Nie było zapisków ostatnio. A mogłyby być wesołe. Bo zabawnie wygonił z domu M., potraktował go jak intruza. I miauczał w drzwiach, wysyłając go do wszystkich diabłów. Tak ,jakby próbował obronić mnie po raz kolejny przed złymi demonami. Pyskował strasznie. I kiedy już nalałam sobie lampkę wina i usiadłam przed komputerem, żeby opisać to wszystko, stało się. William poinformował mnie, że bardzo bolą go oczka. Próbował wydrapać je sobie, biegał w kółko po pokoju, miaucząc przeraźliwie. Zamarłam. Straciłam głowę. Spojrzałam na zegarek. 21.30. Szybki dostęp do zbioru niezbędnych informacji w mózgu. Access denied. Komputer sygnalizuje niski poziom baterii, a kabel do zasilania został w pracy. Kot miauczy coraz smutniej, mi napływają łzy do oczu. I nagle przypomniałam sobie o Arturze. Żeby tylko odebrał. Ledwie trafiam w klawisze telefonu. “Nie denerwuj się, zaraz z Marią będziemy. Jest dobra klinika 24h”. Ulżyło mi trochę. W klinice tłok. Taki zwierzątkowy ER. Nawet nie myślę o tym, żeby vet okazał się być wcieleniem Cloonye’a. Wychodzi mała blondynka bez uśmiechu. Traktuje Williama jak przedmiot. Brutalnie, ostro, wydzielając przy tym bardzo negatywną energię. Will miauczy przeraźliwie, wyrywa się, drapie na oślep i atakuje lekarkę. Ta zaczyna krzyczeć również na mnie. Nie mogę zadać żadnego pytania, bo skraca mnie nieprzyjemnie. Obydwoje chcemy wyjść stamtąd jak najszybciej. Willy umiera ze strachu i wczepia we mnie pazurkami. Jak najszybciej do drzwi. Odwożą nas do domu. Młody pada na kanapie, spocony, potargany i strasznie nieszczęśliwy. Przykrywam go lekko kocykiem jak mu będzie za gorąco, po prostu zrzuci go z siebie. Ogarniam się i kładę. Do 3 nasłuchuję czy coś się nie dzieje. Zasypiam, o 4 budzi mnie miauczenie. William siedzi na przeciwko mnie, oczka ma jak zapałki. Płacze.

Z krwawiącym sercem idę do pracy.
Podejmujemy z Arturem decyzję, że jedziemy do NASZEGO veta. Obydwoje go sprawdziliśmy, każdy ze swoimi zwierzakami. Ja z Grotą, on z Kicią i Zimą. Mnóstwo osób go poleca. Umawiam wizytę i pędzimy po Kota. Wchodzę do domu i Rudy, smutno miaucząc, tupta do mnie. Z przerażeniem zauważam, że nie może otworzyć oczu. Pakuje go do torby. Żeby tylko przyjmował ON , a nie jego asystentka…
Wchodzimy do gabinetu. William przestraszony, ale dużo spokojniejszy niż poprzedniego dnia. Czuje dobrego ludzia. Ja natomiast coraz większy niepokój… Rozkleja mu oczka. Spod owiek wypływa w dużej ilości wstrętne ropsko. Zaczynam się bać. Vet mówi coś do mnie, ale jedyne co zapisuje mi się w mózgu, to “70% uszkodzenia rogówki”. Trzęsą mi się ręce i broda, łzy pieką pod powiekami. William dzielnie znosi test rogówkowy, kolejne zastrzyki i mierzenie temperatury. Nie próbuje nawet drapać. Najdzielniejszy kot świata normalnie. Siadamy, doctor tłumaczy co i jak. Długa lista, żmudne leczenie, które zaowocuje tylko wtedy, jak będzie konsekwentnie prowadzone. Zapisuje wszystko na kartce. Co, kiedy, ile. Patrzymy z Williamem na siebie przerażeni. Chociaż w zasadzie patrzę ja, bo kocie oczy ukryte są za opuchniętymi powieczkami.
Naprawdę chce mi się płakać.
Po drodze apteka, ustaliliśmy, że nie ma wyjścia, William będzie chodził ze mną do pracy. Będzie się Kot bardziej socjalizował. Vet się zgodził. Czyli jutro przyjmujemy kocię do Agencji, a dzisiaj zaczynamy kurację. Udaję, że się trzymam… Wchodzimy do domu, zmęczony Mały kuli się w koszyku. Siadam w kuchni i obmyślam plan.
Skoro oczka trzeba kontrolować i przemywać co godzinę, to co ja zrobię w nocy? Jak go wyciągnę, jeśli będzie pod łóżkiem czy pod kanapą? Trzeba zmniejszyć zdecydowanie terytorium. Ale przecież nie zostawię go samego na drugim końcu mieszkania i nie odgrodzę drzwiami. Zapala się żaróweczka. Rozłożę pufę u niego. Przecież się zmieści. Tym samym William co godzinę będzie pod ręką. Na biurku lądują butelki z solą fizjologiczną i watki. Od razu ustawiam drzemkę w telefonie, choć nie sądzę, żebym zasnęła. Coraz bardziej czuję spływające ze mnie emocje. Dzwoni mama, a ja daję upust wszystkim swoim uczuciom i zalewam słuchawkę łzami. Później skrapiam nimi Kota. Mam wrażenie, że doszliśmy do cichego porozumienia. Przebieg rozmowy niech zostanie tajemnicą. Ale do – najdzielniejszy – chyba powinnam dodać jeszcze – najmądrzejszy Kot świata.
Razem z tatą siedzimy na podłodze i przez 40 min. zakraplamy kota. Momentami mam wrażenie, że nawet mu się podoba, że jest w centrum zainteresowania, nawet kosztem tak nieprzyjemnych zabiegów. Zaczyna się nawet bawić. Lewe oczko wciąż jednak zamknięte. Zaczynamy akcję pt “ratowanie rogówki”. Oby okazała się być zwieńczona sukcesem…
Zapomniałabym. Automatycznie Artur otrzymał tytuł Godfather. Nikt nie sprawdziłby się w tej roli lepiej.

Noc. W zasadzie nie zasypiam. Co półtorej godziny budzę Williama i zalewam oczka roztworem. Trochę jest ogłupiały i marudzi. Ale nadal uważam, że jest najdzielniejszy.

Piątek. Pierwszy dzień Kota w dziale kreacji.
Rano William budzi się w zdecydowanie lepszym humorze. Oczko zamknięte, ale czyste. Profilaktycznie przepłukuję. Zabiegi zrobimy już w pracy. Pakuję cały sprzęt. William atakuje drapak i zawisa na nim głową w dół. Zacznam się martwić, czy on aby na pewnno ma tylko rogówkę uszkodzoną. Ale oczy mi się śmieją, bo najwyraźniej jest mu lepiej.
Podjeżdża Karol. Kicia miauczy, ale raczej z ciekawości. W firmie wszyscy się rozczulają. Willy zdecydowanie wie co robić, żeby zwrócić naszą uwagę. Godfather przychodzi do studio i zaczynamy zakraplanie Kota. Przechodzi w zasadzie niezauważalnie. Tyle się dzieje, że William opędza się ode mnie jak od muchy. Dosłownie! “Spadaj już z tymi świństwami, a jak musisz to się pospiesz, bo ja mam tu inne rzeczy do roboty”. Chłopcy urządzają koteczkowi plac zabaw, ja montuję kuwetki i jedzonko. Też bym chciała tak pracę zaczynać!
“ooo, nowa ciocia! I nowa piłeczka. Lubię ciocie z piłeczkami. Lubię też ciocie głaszczące z piłeczkami. To w sumie lepsza opcja. Skoro ciocie lubią jak mruczą koteczki, proszę bardzo. Tak mruczy koteczek. I pamiętaj, że jestem ciężko chory, więc potrzebuję czestego miziania”…

“ooo, wujek. No ten to sympatycznie wygląda. I wstążeczkę ma czerwoną! Też dla mnie. Jak ci luzie wiedzą, czym kotu poprawiać humor. Od razu mi lepiej. Taniec z wstążką? Dla was, drodzy nowonabyci przyjaciele, wszystko!”.

Sobota

Budziłam malucha w nocy dwa razy. Był tak zaspany, że ledwo mu oczka otwierałam. Spałam oczywiście przy nim na pufie. Rano obudziło mnie terkotanie. Siedział w okolicy moich kolan i świdrował wzrokiem dość figlarnie.

„Trr. Widzisz Twój Ulubiony Kotek czuje się zdecydowanie lepiej. Chyba należy mi się nagroda, nie sądzisz?. Takie małe poranne mizianko. No proszę, chociaż troszeczkę”. Lekko nieprzytomna pozwoliłam mu zasnąć w zagłębieniu swojej szyi. Chrapanie faceta prosto do ucha zdecydowanie mi przeszkadza. Terkotanie? Absolutnie, a wręcz przeciwnie. Zobaczymy jak poradzę sobie z aplikacją leków sama…
William jest jednak arystokrata. Nawet pazura nie wysunął, a ostatni żel zaaplikowałam mu, kiedy leżał na mojej złożonej pościeli. Antybiotyk przemyciłam w jedzeniu. Mam tylko nadzieję, że robię to poprawnie. Ech, i który facet miałby tak dobrze ze swoją kobietą? Śpię na pryczy wręcz, zrywam się w środku nocy, pierwsze, co robię to nie kawa, a zabiegi wyleczające. I czego oczekuję w zamian? Niczego. Oprócz mruczenia i obu jasnych i bardzo wyłupiastych ocząt. Tyle.

Niedziela
Wczoraj przespał prawie cały dzień. Dzisiaj rano obudziłam się z termoforem na kolanach. Leki przyjmuje dzielnie, ale każde żałosne miauknięcie, rozrywa mi serce. Poza tym ma na mnie zdecydowanego focha. „Byłem grzeczny, i jestem, i się postaram być, ale na afektacje z mojej strony nie licz. Może i jestem kotkiem na kolanka, ale na pewno nie na Twoje. Poduszka jest fajna, kiedy Ciebie na niej nie ma, terkocze sobie sam, bo jak widzisz tylko sam ze sobą szczęśliwy jestem!”
Podejrzewam , że dzisiaj wieczorem sir William wbije mi nóż w samo serce. Doskonale wie, że odbywa się sabat. Jestem wręcz przekonana, że będzie najrozkoszniejszym kotkiem na świecie, totalnie ignorującym osobę, która troszcząc się o niego nie przespała kolejnej nocy.


Wtorek
Chyba za szybko optymizmem zaczęłam epatować. Jeszcze wczoraj Kot wydawał się być zdrowszy. Szalał, polował eksplorował przestrzeń agencyjną. Łaskawie przyjmował gości leżąc na żółtej kanapie i co większych szczęściarzy obdarzał przyjaznym terkotem. Wieczorem był juź markotniejszy, ale entuzjastycznie zareagował na kolejną zabawkę hand made – tym razem kulki dwie, papierowa i aluminiowa przywiązane do jednego sznurka. W nocy go nie budziłam, bo przecież w ciągu dnia było już w zasadzie dobrze. Spał na moich nogach, jednak w bezpiecznej odległości ode mnie, chyba na wypadek gdyby mi się na mizianie zebrało. Ale jak wstawałam był już na materacu pod łóżkiem. Wyciągnęłam go na siłę, oczko lewe było niestety zaklejone ropą na amen i złoża żółtego świństwa wypłynęły obficie po rozwarciu powieki. Żałosne miauczenie rozdarło mi serce. Ruda kupka nieszczęścia. Tuptał trochę koło mnie nie mogąc kompletnie znaleźć sobie miejsca. Tabletkę zjadł, ale spojrzeniem zganił mnie za wszystkie nieszczęścia, które na mały łepek spadły ostatnio. Do torby pakowałam kocię miauczące żałośnie i śpiąco. W firmie, przy pomocy wujków i cioć zakropliliśmy kota płaczącego okrutnie. Po zabiegach zwinął się w kłebuszek pod krzesłem Jeżyny. Tam czuje się chyba najbezpieczniej. Ożywił się trochę na widok łańcuszka doczepionego do telefonu, tę zabawkę wyraźnie dzisiaj faworyzuje.
Zaczynam się martwić poważnie. William zdecydowanie darzy atencją Jeżynę. Broń Boże, nie jestem zazdrosna, wcale nie jest mi przykro, że Kot ignoruje ręce, które przynoszą mu ulgę, że za nic ma łzy, którymi zalewam każde jego żałosne miauknięcie. Karmię go, tulę, czeszę i całuję po łebku. A on co? Bawi się z Jeżyną, śpi pod Jeżyny fotelem, patrzy w Jeżyny monitor, siedzi na Jeżyny kolanach. Mnie olewa. Ja do Jeżyny nic nie mam, ja Jeżynę nawet bardzo lubię. Ja się martwię tylko, bo William jeszcze nie kastrat, upodobał sobie FACETA!
Wizyta u veta podcięła mi skrzydła. Ubytek rogówki się pogłębił, doszło do komplikacji. Kot zapłakany po bolesnych zabiegach, ja zapłakana niemocą. Zmiana antybiotyku, zwiększona częstotliwość podawania, nowe leki. Znowu spanie przeniesione do Kota. Drzemka ustawiona co godzinę. Będzie się działo…

Środa
Dzisiejsza noc do najprzyjemniejszych nie należała. Kot spał w torbie wymęczony ja na podłodze nie spałam w zasadzie wcale. Ni to sen, ni jawa, nie pamiętam nawet czy oczko ropiało, przemywałam dość automatycznie. O 3 podałam antybiotyk. Rano William otworzył obydwa oczy i spojrzał niestety z wyrzutem. W drodze do pracy spał. Ja prawie też. W agencji koteczek zamienił się w rudą kulę energetyczną. Mam wrażenie, że ten kot jest Kotem Na Opak. Zamiast przekazywać, wysysa. Taki wampir energetyczny. Studio obiegł kilkadziesiąt razy, do kanapy wolę nie podchodzić, bo obawiam sę, że żółta skóra nie pozostaje obojętna na biegające po niej sprintem rozkoszne pazurki. Wciela się dzisiaj w przeróżne role, byle tylko usatysfakcjonować publiczność. Jest łowcą cieni, eksploratorem koszy na śmieci, piłkarzem, bramkarzem, fascynatem gabinetu luster… Przemiłym koteczkiem kochającym wszystkich, oprócz swojej półżywej z niewyspania właścicielki. Niezwykle budujące.

Pierwszy miesiąc Williama. Zebrane. Zapisane.

Ojj. To już za tydzień. Miało być za dwa. I w ogóle miałem nadzieję, że się rozmyśli. Co prawda Małgośka mówiła, że będzie dobrze. Że znajomości internetowe czasem się nawet w miłość przeradzają i żebym się nie przejmował, że widziała mnie tylko na jednym podretuszowanym zdjęciu. Ale oczywiście się przejmuję. Tylko staram się tego nie pokazywać, bo jej też będzie smutno. To jeszcze trochę więcej niż tydzień, więc może jednak nie przyjedzie. Na razie dam sobie na wstrzymanie. To jeszcze cały tydzień. Czas jest bowiem pojęciem względnym.

Tydzień później…

ŻYWOT WILLIAMA

„I called my cat William because no shorter name fits the dignity of his character. Poor old man, he has fits now, so I call him Fitz-William.” – Josh Billings

The beggining…
Wrocław – Poznań

Jeszcze nie do końca ufnie, ale skoro już nie miał wyjścia, spędził kilka podróżnych godzin na moim brzuchu. Pierwsze koty za płoty. To może być początek pięknej przyjaźni. I mam nadzieję, że będzie.

01.
Tak w zasadzie zachowuje się jakby był tutaj od zawsze. Ulubione miejsce, to od początku materac leżący pod łóżkiem. Przecież nie będziemy się od razu spoufalać i spać razem. Podejrzewam jednak, że w małym rudym łepku kiełkuje już plan zaanektowania mojej poduszki. Cały dzień przedrzemany. Rano trochę się zaktywował i miaucząco domagał się uwagi. Poznawanie świata ograniczyło się jednak do zaatakowania szyby balkonowej oraz uważnej obserwacji sypialnianej podłogi. Wieczorem przyszła Ju. Młody, wyspany eksplorował jej kolana, łaskawie przyjął prezent i zrobił demonstrację pod tytułem:
jestem uroczym, malutkim koteczkiem, który docenia miłe gesty, więc pobawię się tą myszką, bo podejrzewam, że tego oczekujesz. Poza tym jestem przecież gejzerem kociej energii, ale może jednak Ci to unaocznię, bo podejrzewam, że możesz mnie nie doceniać.
Po jakichś 3 godzinach…
Widzę, że trochę się zmęczyłaś. To skoro bardzo chcesz, chodźmy spać. Ale nie ukrywam, że jestem trochę rozczarowany…

02.
Czwarta nad ranem
O, wstała i poszła do kuchni. Kocham ją, bo wie, o której budzą się małe kotki. Ale dlaczego znowu się kładzie?? Hm… odgaduje moje myśli chyba, bo nie żebym się napraszał, bo może drugiego dnia jeszcze nie wypada, ale skoro się kładzie, to chyba jednak chce mnie pomiziać? No co za kokietka! Leży i udaje, że chce spać. A jakbym jej tak trochę po głowie podreptał? Może przestanie się z tym spaniem wygłupiać ? O, jakie ma miękkie te włosy! A to? To szyja tak fajnie pachnie? Ci ludzie nie są w sumie tacy źli. Gdyby się jeszcze tak nie rozpychali na poduszkach. Ale popracuję nad tym…

Obudziłam się po 3. Jednak mały kot w domu to duże emocje. Spał oczywiście pod łóżkiem, więc cicho poszłam do kuchni po szklankę wody. Dzisiaj jeszcze mam wolne, więc miałam nadzieję odespać. Willy był jednak innego zdania. Radośnie terkocząc wpakował się do łóżka, domagając porannych czułości. Wymiziany, zasnął na chwilę opleciony dookoła mojej ręki. Później dosłownie wszedł mi na głowę. Udeptał włosy i ponownie zasnął. Terkocze nawet przez sen. Wykopana z łóżka, postanowiłam wstać. Skoro młody śpi, to trochę ogarnę, poćwiczę, generalnie postaram się choć trochę wrócić do normalnego rytmu dnia. Tygrys okazał się być jednak niezwykle towarzyski i dreptał za mną krok w krok.

Ej, zobacz! Jak wejdę na górę łóżka, a potem na parapet, nie jest już tak wysoko! A jaki widok! Trochę to zielsko mi przeszkadza, ale generalnie jak trochę podgryzę, to może się przerzedzi. To skakanie coraz bardziej mi się podoba! Kobieto, psujesz każdą zabawę, Ty myślisz że ja tą szopkę dla siebie odstawiam? Gdzie Ty znowu leziesz?! A śniadanko… no to rozumiem. Grzeczna pańcia! To ja jeszcze do toaletki, ale niekoniecznie musisz sprawdzać, co robię.

William najedzony, wymiziany, wyczesany. Stoczył walkę z drapakiem, zdominował mysz nakręcaną. Nie chciałam mu w tych szaleństwach przeszkadzać, ale co jakiś czas wołał mnie miauczeniem, bo chyba do swoich wyczynów potrzebuje audytorium. Jeszcze parę nowatorskich pomysłów mojego Kota, a zgotuję mu owacje na stojąco. Nie wiem, jak ja wrócę do pracy…

03.
Mrrauuu, dzień dobry Basiu. No, mówię przecież do Ciebie mrrrrr, trrrr, trrr. Ignorantka no! Cóż, nie pozostaje mi nic innego jak…

Boże! Co ja mam na głowie? Co się dzieje w ogóle? Która godzina? Usystematyzujmy, może to jednak nie atak alienów wydających dziwne odgłosy? Tak. To jest futro. Na mojej głowie. Ale jestem u siebie w łóżku, nie na Syberii. Miałczy. No tak. Mam kota na gorącym dachu mojej glowy. To by się Peszek uśmiała.
Chodź Mały. Tylko dlaczego Ty jesteś typem skowronka?

Łaskawie zgodził się na krótsze Mizianie, bo chyba zrozumiał, że nie tylko kotom należy się sen. Zasnęliśmy przytuleni, ale przemieścił się w nogi. Dobrze, jak podrośnie będzie z niego zimą pożytek…

Ale teraz to już przeginasz! No wstawaj, wstawaj. Urlop wychowawczy wzięłaś nie po to, żeby go przesypiać. Masz przecież bacznie obserwować Kociaczka malutkiego, przesłodkiego. No, jak nie wstaniesz, to po prostu skoczę na Ciebie z tego parapetu. Nie boisz się wcale mojej groźby? Nie wierzysz? To patrz jak ja się heroicznie dla Ciebie poświęcam, żebyś miała o czym znajomym opowiadać. No!

I dał nura z parapetu prosto w pomarańczową satynową łąkę …


04.
Koty chyba nie lubią deszczowej pogody. Nie ma tęczy na ścianie, którą można by złapać. Nie grzeje nic przez szybę. Na dworze też nic się nie dzieje. Nawet miauczeć się nie chce. Ech. Trochę skubnął z miseczki, trochę się praniem pobawił, trochę chciał wejść na kolana i się pomiziać. Trochę piłeczkę kopnąć. Ale dzisiejszy dzień jest bardzo trochę. Z odrobiną jedynie entuzjazmu.

Kobieto. Narzekasz jak wszystkie. Przecież widzę, że też chce Ci się spać. I głowa Ci się nad tym laptopem kiwa. I gdyby nie to, że ta cała nowa ciocia dzisiaj przyjedzie to spałabyś razem ze mną. Co prawda nie mruczysz tak fajnie, i jak się położysz, to miejsca się dużo mniej robi, ale jednak zapraszam. Jak nie będziesz mogła spać, to zawsze możesz mnie pomiziać. Bo to jest przecież to, co koteczki lubią najbardziej.

Tydzień już mieszkamy razem. No i nadszedł ten dzień, że skończyły się imprezy, skończył się urlop, jutro już trzeba będzie kocię zostawić same. Serce mi chyba pęknie, zwłaszcza, że miał w tym tygodniu tyle wrażeń. Podróż z Wrocławia do Poznania, nowy dom, nowe wszystko. Poźniej nieustanne wizyty znajomych, bo przecież trzeba go pomiziać… Całe mnóstwo zabawek. Całe mnóstwo wrażeń i całe mnóstwo emocji dla małego rudego łepka. Znosił wszystko bardzo dzielnie, bo ja byłam cały czas obok. I mieliśmy szansę choć trochę się poznać. Wiemy już, że śpimy razem. Jak się czasem za bardzo wiercę William ociągając się tupta na kanapę. Jak on się wierci za bardzo, obrażony zostaje na kanapę przepędzony. Cwiczymy też rano razem. Bo postanowiłam wznowić brzuszkowe wygibasy. Więc kładę się na podłodze, włosy związane w kitkę, krótkie spodenki. William w drugim końcu się szykuje. Zaczynam. Kot szykuje się do skoku. Raz, dwa, trzy. Polowanie na kitkę rozpoczęte. Czasem więc ćwiczę z kotem na głowie, czasem na brzuchu. Jak zaczyna być naprawdę nieznośny sprintem zwijam kolejną kulkę z papieru. Will, jeszcze się na to łapie. „Akcja kitka” z reguły przebiega trzyetapowo. Ale też z dużą dozą samozaparcia z reguły udaje mi się zrobić poranną gimnastykę. Potem oczywiście prysznic. Mimo szumu wody, słyszę smętne miauki dobiegające spod drzwi. Przyspieszam zatem. Wychodzę w szlafroku, który jest kolejnym etapem porannej gimnastyki kota. Bo jest na czym zawiesić pazur. A ja w tym czasie mam za zadanie wrzucić Kotu coś na ząb. Kot je, więc ja mam czas na resztę porannej toalety. Potem z reguły następują miziania, porządki, miziania, komputer połączony z mizianiem, zabawy, drzemki, ale wszystko razem. Do jutra. To może pomiziam na zapas.

Praca. Dzień pierwszy.
Wczoraj zalaliśmy laptopa. Nie wiem jak to się stało i nie wszczynam postępowania. Stało się. Płakałam siedząc na podłodze, a Will nie wiedział co zrobić. Patrzył zdezorientowany. Dobrze, że nie z miną „nie rycz mała, to tylko komp”, bo to ja strzeliłabym focha. Dzisiaj w pośpiechu wybiegłam do serwisu z nieszczęśliwą, opitą toszibką. Nie wiedziałam ,czy będę jechać do pracy i nie pożegnałam się z kotem. Myślałam, że wróce najdalej za 2 godziny. Niestety w firmie allert, przyjeżdżaj, bo trzeba nowe hasła dla banku wymyślić, projekty muszą być do końca dnia. Pojechałam. Zanurzyłam się w pracy i dzień minął mi bardzo szybko. Biegłam prawie do domu, bo przecież Mały czeka. A w domu… Otwieram drzwi, rude futro pojawia się po dłuższej chwili. Siada naprzeciwko i oskarżycielsko miauczy.Bo gdzie Ty byłaś? Co Ty myślisz sobie, że małe kotki lubią być same w domu? Źle myślisz zatem kobieto, bo wierz mi że nie lubią! Wydaje Ci się, że mizianie sprawę załatwi? Tak Ci się tylko wydaje, bo na mizianie to ja miałem ochotę może parę godzin temu. Teraz spadaj, Pańciu. Zrozpaczona padłam przed nim na kolana i jak głupia tłumaczyłam się, że przecież ktoś w tym domu na to royal canin zarobić musi. I zobacz, Willy, gdyby nie moja praca, to nie miałbyś tych ślicznych zabaweczek. O, no patrz, myszka jaka fajna i piłeczka z dzwoneczkiem, i tyle gadżetów. No, pobawmy się. Mina Williama zabiła mnie jednak na miejscu, studząc wszystkie zamiary zrekompensowania kocięciu kilkugodzinnej samotności. A Ty myślisz, że co ja przez ten cały czas robiłem? Eksplorowałem sobie te wszystkie gadżety i, szczerze mówiąc, w chwili obecnej mnie nudzą, ale chętnie poepatuje teraz swoim nieszczęściem, a Ty się nie zbliżaj! No i epatował przez cały wieczór. I to strasznie. Idąc spać z laptopem pod pachą, rzuciłam do obrażonego futra siedzącego pod kanapą, że ja idę spać. I nie chce mu nic wypominać, ale deal był taki, że będzie oglądał ze mną każdy film, który ja wybiorę. Włączyłam któregoś „bollywooda” i przez drzwi sypialni życzyłam Williamowi dobrej nocy. W tym momencie chyba dotarło do rudego łepka, że tak zaraz na początku naszego bycia razem, spanie na kanapie i to z fochem nie jest może najlepszym pomysłem. Przydreptał, wymiaukując trochę więcej miejsca, i zasnął wtulony w moje ramię, uśpiony bolywoodzką produkcją, zdecydowanie szybciej niż ja… czyli pierwsza kłótnia za nami 😉

Praca. Dzień drugi.
Specjalnie nastawiłam budzik pół godziny wcześniej. Założyłam 20 min drzemki, 10 min miziania. Zeszło nam trochę dłużej… Później dzień jak co dzień. Akcja kitka, kąpiel, miauczenie, szlafrokowa huśtawka, miska, szybki make up… no i dzisiaj nie zapomniałam… William wskoczył mi na kolana i zaspane oczęta, ufnie skierował ku mnie, miaucząc bezgłośnie, ale wczoraj to mnie tylko na próbe wystawiłaś, prawda? Ja rozumiem, że jako kobieta chcesz być niezależna, ja cię przecież do niczego zmuszać nie będę, ale pamiętasz chyba, że małych koteczków nie można spuszczać z oczu?! Przycisnęłam więc usta do jego łepka i zaczęłam klepać to, co wczoraj, że przecież ktoś tu musi zarabiać, że chatę mu wolną zostawiam i że może robić prawie wszystko, ale żeby miał na uwadze te kable. Wycałowałam, utuliłam i zostawiłam kocię zajęte łapaniem demonów. Z sercem w gardle spędziłam 8 godzin, pisząc wszystko, czego zapragnęli accounci, bo w głowie, mimo głośno podkręconych słuchawek, słyszałam przeraźliwe miauczenie. Zanotować: kuzynka Agata, specjalizacjia psychiatria, wraca za tydzień z Australii. Jak mózg mi w godzinach pracy miauczeć nie przestanie, konieczny kontakt z kuzynką. Godz. 17.20 wylot do domu. Godz. 18.20, z głośno bijącym sercem, drążącymi rękoma przekręcam klucz w zamku. Wchodzę… No wreszcie. Zabije się przez Ciebie na tych panelach. Znów pośladek lewy stłukłem pędząc z tej sypialni. Trochę mi się przysnęło, ale pamiętam na czym skończyliśmy rano. Mizianko to było! Zatem siadaj kochana na podłodze, gadaj do mnie, ale poczekaj niech ja Ci się spokojnie ułożę na tych kolanach, to lepiej będzie mi się słuchać… mrr, grrr, pfrrr… zaiste, niezwykle interesujący dzień miałaś… Zestresowana jutrzejszą wizytą M. chciałam ogarnąć mieszkanie. Zdążyłam zjeść obiad, bo William łaskawie zgodził się mi potowarzyszyć przy swoim Royal Canin. Potem jednak nie dał mi spokoju. Mogę sobie nawet pisać na klawiaturze, on nawet na nią nie wejdzie, ale broń boże żebym sobie gdzieś poszła. Mam więc zdrętwiałe uda od kilkugodzinnego siedzenia po turecku, oraz prawe przedramię, na którym słodkie kocię ucina popołudniową drzemkę. Może wieczorem nabierze więcej energii…

Praca. Dzień trzeci.
Obudziłam się przed piątą, lekko zdenerwowana dzisiejszym spotkaniem z M. William pogrążony był w błogim śnie. Poszłam do kuchni zaparzyć kawę i wróciłam na chwilę do łóżka. Mrrau, dzień dobry Basiu, to co? mizianko? mrrr, tak po gardziołku poproszę. Ej, ale o czym ty myślisz? halo! ja nie jestem kawałkiem futra tylko! ja jestem kotem bardzo uczuciowym. Nie, to mi się zdecydowanie nie podoba. Jak tak możesz sobie to mizianie podarować. Se pod łóżko pójdę!Hej, może Ci te wygibasy pomogą na ten humor dziwny. Ale uważaj! demony cieni masz pod plecami. Zaraz je złapię dla Ciebie! Au! No, naprawdę przesadzasz dzisiaj! Kompletnie nie nadajemy dzisiaj z Williamem na tych samych falach. Plącze mi się pod nogami, rano mało go nie zgniotłam. Nawet prasować spokojnie nie mogłam, bo łapał kabel, uczepił się bluzki. Co w tego kota wstąpiło dzisiaj?!Nie no naprawdę focha strzelę. Już wolę parapet z oknem zasłoniętym. Mogę sobie ten widoczek wyobrazić. Byle dalej od Ciebie, bo najwyraźniej przeszkadzam dzisiaj. Ale jak zapomnisz o moim śniadaniu, to zapomnij, że kiedykolwiek mieszkałaś z jakimś kotem! W sumie, to może nie powinnam odreagowywać na Willym… No, chodź mały na śniadanko.Mrrauuu :)To co? Pożegnamy się jakoś? Jak Przyjaciele? bo wiesz, ja do pracy muszę, ale tą gadkę znasz już na pamięć. Pewnie, właź na chwilę. Jak się trochę spóźnię, nic się nie stanie. A przecież to Twoje futerko takie jest milutkie i uspokajające… to czekaj na mnie Willy. Postaram się wrócić jak najszybciej.