Odpalony wibrysek…

Był wieczór. Zimowy jeszcze. Było prawie romantycznie, tylko brakowało świeczek. Był pokój nie do końca Kotu znany. Były zapałki.

Romantyzm zwyciężył i świeczki zapaliłam.

Ciekawość zwyciężyła i Kot się przyjrzał. Z bliska. Z bardzo bliska. Z niezwykle bliska bliskiego. Wąsy też. Się przyjrzały.

I przyjarały.

Iskierki przerażenia zapaliły się w moich oczach. Płomień samoświadomości nie zapalił się w łebku Williama. I tak by siedział i siedział. I się palił.

Zdmuchnęłam. Kota i świeczki.

Kot działa. Świeczek już nie palę.

William się czasem zdezorientowany w lustrze przegląda…

Na wysokim szczeblu ;)

To było bardzo spokojne popołudnie. Sielankowe wręcz. Zażywałam kąpieli. Bo tak.

W tle delikatnie nuciła Joan Armatrading. Wiosna wisiała w powietrzu.

Nagle przeraźliwy rumor zakłócił niebiański spokój. Coś pomiędzy buldożerem, a wiertarką udarową zawyło w naszym mieszkanku. William nie wpadł do łazienki, nie obwieścił, jak on to potrafi, kolejnego końca świata. Kot się nie pojawił, więc tym bardziej zaniepokojona wypadłam z przybytku rozkoszy. Moją uwagę zwróciły przedziwnie falujące drzwi szafy – garderoby. Stamtąd wydobywały się dziwne dźwięki. Z sercem w gardle, nie uzbrojona, podeszłam do nich, drżących jak osika, złożonych z sosnowych deseczek. Ja drżałam również. Spojrzałam przerażona w górę. Na wysokości sporo ponad 2m kołysał się ON. William we własnej osobie.

Czytaj dalej

była sobie biedronka…

Była mała czerwona w czarne kropki.

Był duży rudy cętkowany.

Było rano.

Jego orzechowe oczy spojrzały żywiej, źrenice się rozszerzyły. Tygrysia łapka zadrżała. Tak bardzo chciał ją mieć. Tu i teraz.

Ona przeraźliwe śpiąca, bo przecież wiosna jeszcze się nie obudziła. Machnęła nie do końca rozwiniętym skrzydełkiem. Niespiesznie schowała za doniczką. Źle wybrała miejsce.

Ruda łapka przeistoczyła się w łapę. Słodko orzechowe oczy zwęziły się. Zasyczał wężowato. Naprężył mieniące się w promieniach wschodzącego słońca płomienne futro.

Skoczył.

Doniczka z jękiem stoczyła się na podłogę ciągnąc za sobą zdziwionego, zaspanego tulipana w butelce po chateau rocznik 1999. Fotografia rodzinna brutalnie obudzona stoczyła się na blat.

Mała czerwona w kropki nie była tak szybka.

Tego ranka William pożarł pierwszą w swoim życiu biedronkę!