Will bajkopisarz wolontariusz. Part 2.

Dla znanej nam i cenionej przez nas Fundacji.

KOTOTERAPIA

Był jeden z pierwszych wiosennych dni. Słonecznych. Niby radosnych. Niby jednak nie. Ona leżała na kanapie z chusteczką coraz silniej przesiąkającą łzami. Liliowa, nie wiedząc co robić, schowała się pod łóżko. Rudy Kot rozmyślał na balkonie. Rozmyślał tak głęboko, że nawet gołębie przelatywały mimo, a on kompletnie nie zwracał na nie uwagi.

Rudy Kot rozmyślał nad zasłyszanym niedawno pojęciem. Próbował zdefiniować je po kociemu żeby wyjaśnić to później, młodej jeszcze bardzo, Liliowej. On już je zrozumiał, ale chciał dobrze to wyjaśnić.

Pamiętał to jak dziś, kiedy trafił do kolorowego mieszkania. Wydarty ze swojego rodzinnego domu przejechał setki kilometrów mając do wykonania misję o której jeszcze nie wiedział. Był po prostu Małym Rudym Kotem i o świecie nie miał bladego pojęcia, jak również pojęcia nie miał kto wpakował go do torby i wywiózł z Miasta Mostów do Grodu Przemysława. Tak po prostu miało być.

Ta, co go wywiozła nigdy w zasadzie za kotami nie przepadała. Siedziała któregoś dnia przed komputerem i łypnął na nią bursztynowym okiem z ekranu. Zakochała się i Kota kupiła. I przywiozła. Tylko jej miłości nigdy za specjalnie trwałe nie były. O tym wiedziała doskonale, ale poczucie odpowiedzialności za to, co oswoi miała również słabo rozwinięte. Dlatego wiozła w zielonej torbie wystraszone rude futerko. Nie wiedząc do końca co robi.

Rudy Kot pamiętał pierwszy wspólny miesiąc. Wspólne zabawy, mruczenie, tulenie się. Poznawanie. Pamiętał, że było bajkowo. Pamiętał, że nigdy nie był taki szczęśliwy. Bo w końcu był jedynym Kotem w całym centrum zainteresowania. I pamiętał też ten dzień kiedy coś złośliwego zaatakowało jego oko. I bajka się skończyła.

Zaczęły się koszmarne noce, kiedy spali na jednym materacu w jednym pokoju odseparowani od reszty mieszkania. Noce, co dwie godziny, przerywane podawaniem leków, noce pełne żałosnego miałku, bólu i łez bezsilności. Nie do końca rozumiał co szeptała w jego spocone futerko, czuł tylko, że tak być musi. Nie oponował, kiedy zabierała go ze sobą do pracy i męczyła kolejnymi lekami. Dzielnie znosił codzienne wizyty u lekarza.

A Ona? Z podkrążonymi od niewyspania oczami myślała tylko o swoim Kocie. O tym, żeby mu ulżyć, żeby nie cierpiał, żeby zrobić wszystko, aby uratować jego oko. Już nie wracała późną nocą do domu. Nie zapraszała na imprezy znajomych. Przeniosła całe swoje domowe życie do najmniejszego pokoju, żeby pielęgnować Małego Kota. Przestała myśleć tylko o sobie. Ale zaprzątnięta Małym Rudym Kotem w ogóle nie zwracała na to uwagi.

Rudy Kot kichnął ze wzruszenia. Nie wiedział, czy to wiosenny pyłek zakręcił go nosku czy było to coś innego. Zmrużył swoje bursztynowe, zdrowe, oczy. Pierwszą część definicji miał już rozpracowaną. Poczucie odpowiedzialności za drugą istotę.

Przypomniały mu się też inne dni. Kiedy Ona wracała do domu, dawała mu jeść i zapadała się w siebie. Siedziała na podłodze i płakała. Nie rozumiał, ale chciał pomóc. Mruczał, tulił się, próbował zwrócić na siebie jej uwagę. I tak jakoś ciepło rudego futerka zawsze pomagało. Może nie zawsze się uśmiechała, ale przytulała i to już Rudego Kota uspokajało.

A Ona? Zawsze, kiedy była smutna i tak wiedziała, że musi być odpowiedzialna za To, co oswoiła i czuła ciepło wokół zmrożonego łzami serca kiedy To, co oswoiła dawało jej swoją mruczącą miłość.

To trudno było Kotu Rudemu zdefiniować. Wiedział, że ludzie nazywają to Miłością. Przyjął więc do kociego języka ludzką definicję.

Miał już mniej więcej poukładane w łepku i czuł się na siłach żeby wytłumaczyć wszystko małej jeszcze Liliowej. Wytłumaczyć, że to właśnie chodzi o poczucie odpowiedzialności, o miłość o dojrzałość. O świadomość, że za okazane uczucie dostajemy jeszcze więcej dobroci. Że to zawsze działa w dwie strony.

Chciał wejść do pokoju i wytłumaczyć Liliowej o co chodzi. Zastygł w pół kroku. Na kanapie leżała Ona, zapłakana jeszcze. Ale Liliowa już nie chowała się pod łóżkiem. Wtulona w jej szyję mruczała mruczankę pocieszajkę. Trącała ją noskiem, bucała w policzek i Ona już się przez łzy uśmiechała.

Kot Rudy cofnął się wzruszony. Zrozumiał, że nie wszystko trzeba definiować słowami. Ale właśnie to, co zobaczył przed chwilą, ludzie określali mianem FELINOTERAPII.

Plastikowy klosz

Od czasu, nie pamiętam już jak długiego, ale za długiego zdecydowanie, żyję pod kloszem. Wszystko jest plastikowe. Plastikowy i półprzezroczysty jest świat. Plastikowy jest posmak na języku, bo tylko plastik mogę lizać i wyobrażać sobie, że to … well, moje własne futerko. Plastikowo obijam się o ściany, wibrysy bowiem spowił plastik. Plastikowa nawet robi się Liliowa o klosz się ocierająca. Plastikowe są słomki, którymi Ona mnie próbuje zainteresować. Ale po co mam się interesować, skoro plastikowy klosz odgradza mnie od plastikowej słomki i nie pozwala nawet poczuć jej plastikowatości.

Plastikowe sny, plastikowe myśli moje. Nie wiem nawet, czy wciąż jestem rudy, czy też już plastikowy.

Realisty sucks.

JAK W PYSK STRZELIŁ…

Lilowa się na świecie pojawiła rok temu. Na przestrzeni czasu zauważyłem, że nie zmądrzała, a wręcz przeciwnie. Gupie to to, miauczące, próżne i pstro ma w głowie. Boi się wszystkiego, histeryzuje i takie tam. Przytyła, zmarszczki jej się porobiły. Przekwitła lasia i tyle. He He.

Byłbym mniej sarkastyczny gdyby nie to cholerstwo na mojej głowie.

Sto lat jej nie życzę, bo już w ogóle maszkarą będzie. Zmądrzej Liliowa. Dorośnij mentalnie!

Najlepszego, jednak. Will.

kot zliftingowany

przeżył. rozwalił dwa szewki. wściekał na kołnierz. wściekał generalnie. boksował i syczał. brał na litość. i takie tam.

Kot wygląda jak satelita. Liliowa aliena się bała, ale przestała, jak alien zaczął ją znajomo naparzać po łebku.

Kotek czuje się coraz lepiej.

więcej, jak poczuję się lepiej ja, czyli jak odwirusuje swój organizm.

Poniżej dowody życia Kota.

SO BE IT…

Jestem Basia. Mam hmm… lat. Wystarczająco dużo, żeby pomyśleć o pierwszym liftingu 😉 Jednak operacje plastyczne są za dużym luksusem. Ta.

Jestem William. Mam lata dwa niecałe. We czwartek plastykę oków dwóch będą mi robić. I stać ich na to. Na samo słowo NA CZCZO już mi słabo. Na słowo „kołnierz” słabiej mi jeszcze bardziej. I nie wiedzą chyba, o nie, że koci terapeuci też se słono liczą. Ale się dowiedzą, bo co jak co, ale po 10-ciu dniach w kołnierzu będę miał depresję, że hej. A nawet, że dwa heje!!! O!