Nie ma tego złego…

Bo tak. Kiedy już uporaliśmy się z emocjami nader burzliwie w ostatnich dniach się kotłującymi, skonstatowaliśmy racjonalnie i kolektywnie, że nie ma w sumie tego złego, co by nam na dobre nie wyszło.
TCNK wykolegowawszy się od nas, spokorniał jakoś post factum, ale my postanowiliśmy, rzecz jasna kolektywnie, focha zarzucić na trochę jednak dłużej.
Bo tak – wodę do picia odkręcam ja – przy której Liliowa czuje się zdecydowanie bezpieczniej niż przy TCNK, mimo wszystko.
W łóżku, odjąwszy TCNK, jest zdecydowanie więcej miejsca, co obu kotom niezwykle odpowiada.
Zdecydowanie więcej czasu spędzam znów przed komputerem, co znaczy częstszą możliwość polowania na kursor oraz zasiadania na klawiaturze, tudzież pakowania się między mnie a ekran, bo Kota bardziej interesuje przecież screen niż mnie.
Jest też wieczorami więcej miejsca na kanapie, co szczególnie cieszy Liliową, która zimowo rozrósłszy się, do spokojnego odpoczynku przy wieczornym filmie potrzebuje CAŁEJ JEDNEJ oparciowej poduszki.
Kot William poczuł się znowu jedynym mężczyzną w naszym trzygłowym stadku i przypisawszy sobie splendor samca puszy się, wypręża pierś egzotyczną i jodłuje dumnie.
Żeby nie było, że tylko koty plusy znalazły – usypia mnie mruczenie, nie chrapanie, budzi mnie mruczenie, nie chrapanie, nocne rozpychanie się brytyjsko – egzotyczne, mniej jest upierdliwe niż rozpychanie się sporych rozmiarów TCNK.
I rzecz najważniejsza – nasze mieszkanie wreszcie znowu pachnie, a nie śmierdzi fajkami. TCNK kalał bowiem kuchnię dziesiątkami nikotynowych killerów. W związku z ostatnim i najmocniejszym argumentem, focha będziemy mieli dopóki nie zrobi się ciepło i nie wystawimy popielniczki na balkon. Howgh.

Reklamy

Nas troje

TCNK wymiksował się był z naszego kolektywu. Nie wiemy czy trwale czy chwilowo. Nie wiemy kiedy i czy się dowiemy. Bo też umiemy strzelić focha, a co!
Koty wzięły to do siebie, bo niby z nimi gadu gadu, a jednak przydomek TCNK na podstawie jego opowieści został nadany. Koty więc miauczą żałośnie, snują się po domu i epatują poczuciem winy. Robię kotom zatem terapię. Bestie, niecnie to wykorzystują, a panie w mięsnym się cieszą, że wędlinki prima sort schodzą. Koty bucają mnie symetrycznie, w związku z czym dosłownie jestem dość zachwiana. Bo, że metaforycznie i emocjonalnie to wiadomo.
Kot William na dodatek wziął sobie do serca, że porzucona kobietę trzeba pocieszyć. Robi więc rzeczy praktykowane jedynie w dzieciństwie, mianowicie grucha gołębio, kicha pieszczotliwie w twarz o poranku, tuli się i śpi ze mną, co zamiast ulgi może przynieść mi nagłą acz spodziewaną śmierć spowodowaną zaduszeniem fruwającym egzotycznym sierściem.
Kot Gandzia cierpi, bo nikt z nią już o poranku monologów nikotynowo – kofeinowych nie prowadzi, poza tym TCNK fontannę obiecał i nici z tego. A kobiety nie lubią jak im się gadżet obieca i słowa nie dotrzyma. Liliowa solidaryzuje się zatem ze mną w fochu i metafizycznym dołku.
William nie ma komu spać na brzuchu, Liliowa nie ma z kim pogadać, ja to już w ogóle. Całe nas troje miauczy zatem, dwójka żałośnie i nic nie wiedząco, ja raczej z rosnącym poziomem irytacji, i uczuć, które określić mogę jedynie słowem niecenzuralnym, czego nie zrobię, bo nie mam info, że blog może zawierać treści przeznaczone tylko dla dorosłych.
I i tak wychodzi na moje, że na takich, co mówią, że kotów nie lubią (choć zachowują się inaczej) należy uważać!