Ta. Kocham ją.

Kocham całym sobą. Za to, że nie mogę zrzucać ramek ze zdjęciami. Za to, że jak radio samo spadnie z parapetu się ona wkurza. Że meczyki rozgrywam herbatkami się zaparzającymi , też się wkurza. Że mówi przez zaciśnięte zęby „kocham Cię” jak rozwlekę żwirek po całym mieszkaniu. Że curry mi nie pozwala jeść, choć kocham je wyżerać z patelni. Ale Ją kocham bardziej niż to curry. Za niemożność kradzenia gąbek. Za fukanie jak włażę na blat. Za usunięcie z mieszkania wszystkich żyjących roślin żebym ich nie jadł. Za rozebranie choinki. Za robienie mi durnych zdjęć. Za te wszystkie podłe rzeczy, kocham Ją.

20140131-153631.jpg

Reklamy

Wakacje

Tak mi się przypomniało. Jak pewien Kot osładzał mi życie.
Stricte literacko. O życiu wakacyjnym trzydziestokilkulatki.
Zatem przydługi piątkowy tekst na piątek.

Ółka usiadła ciężko na piasku. Popatrzyła w słońce, które zaczynało być różowe. Różowo odbijało się od jej koszulki i rzucało różowe światło na dziś spokojne już morze.
Poszurała w piasku trampkami. Miała ochotę tak szurać żeby przekopać się na drugą stronę kuli ziemskiej. Każde szurnięcie zasypywało jednak wyszurany już dołek. ” Szurnięty Czwartek” pomyślała sobie. Westchnęła i narysowała na piasku kota. Już tydzień nie tuliła do siebie żadnego ze swoich futer i nic nie zapowiadało, że szybko to nastąpi. Przesypała piaskowego kota przez palce, był ciepły i miły w dotyku.
Posmutniała i poczuła zmęczenie. Od rana Leśnik przeczołgał ją kilka kilometrów przez las do ośrodka w którym miała szansę się zaczepić. Zgwałcił ją milion komarów, których jedynym plusem było to, że skierowały jej zwoje nerwowe ku sobie, a odwróciły ich uwagę od perspektywy nowej, nieznanej pracy.
Nowa nieznana praca została jej po chwili zaproponowana przez Dwie Siostry. Jedna co prawda spod znaku skorpiona, ale Ółka i tak patrzyła spode łba, przebierając nerwowo nóżkami odzianymi, a jakże, w różowe rajstopki.
Dwie Siostry średnio były zainteresowane umiejętnościami Ółki. „Letników narazie nie ma” oznajmiła Siostra Blond, ” co znaczy, że nie mamy środków”. Siostra Blond spojrzała naSiostrę Szatyn, ale ta z nieprzeniknionym wyrazem twarzy stroiła telewizor dla letników. Których nie ma. Ółka spojrzała pytająco na Leśnika, który od paru minut był jej rzecznikiem. Leśnik postanowił przejąć ster. Nie na darmo miał tytuł oficera. Leśnika Zachodniopomorskiego. Leśnik zrobił cwaną minę i ster przejął.
Po chwili Ółka została sprzątaczem pokoi, zmywaczką podestów i pomocnikiem ogrodnika. W tym momencie zaczęło przelatywać jej przed oczami dotychczasowe życie zawodowe. Jak to powiedziała Yo ” Kwiatkowska by z grobu powstała, bo poczułaby ducha rywalizacji Kobiety Pracującej”.
Co takiego robiła w życiu Ółka?
Sprzątała o świcie róg Roosvleta i Dąbrowskiego, sprzedawała przed „Kasią” soki owocowe. Przez długi czas mozolnie wpajała tępawym dzieciom język angielski. Zagubionym klientom MPK wyjaśniała w informacji zawiłość tras komunikacyjnych. Skanowała towary na kasie w delikatesach, w restauracyjnych fartuszkach obsługiwała z tacą klientów. Sprzątała bogatym staruszkom domy i chorymi staruszkami się zajmowała. Rogale marcińskie zwijała też. Przez kilka lat wciskała ludziom kit wymyślając rekalmy. Potem nawet te rekalmy sprzedawała klientom. Epizod ze służbą zdrowia miała – sekretarka interny w szpitalu, rejestratorka medyczna w przychodni. Kocerty muzyczne gwiazd większych i mniejszych Ółka organizowała i warsztaty kulinarne z gwiazdami kulinarnymi organizowała. Inspektorem w Urzędzie Skarbowym była. Poczuła się jak na spowiedzi. „Więcej prac nie pamiętam. Nie wszystkich żałuję”. Zgodziła się i na to wyzwanie.
Wlokła się za Leśnikiem spowrotem nie zawracając sobie głowy rozwiązanym sznurowadłem. W głowie jej huczało. Być może przez najbliższe dwa miesiące nie zobaczy ani Niechcieja, ani Doktora, ani Dobrosi ani ani ani w ogóle nikogo.
Wszurała się głębiej w piasek. Słońce powoli zachodziło, nadal na różowo. Ółka otarła z policzka coś słonego. Nie wiedziała, czy to kawałek fali, czy kawałek jej. Spojrzała na morze które tuliło już do snu czwartek . I przypomniała sobie Steinbecka. Dock’a, Mack’a, Suzy… I ich, w końcu, Cudowny Czwartek. I ocierając tę słoność, wraz z tuszem Max Factor, Ółka postanowiła twardo wierzyć w to, że oprócz tego, że Ten Czwartek, oprócz tego, ż Szurnięty może też jest Cudowny.

Kociokwik
O 8.45 Ółka stawiła się przed bramami Mordoru. Nikt jednak na nią nie czekał, a pomysł włażenia z rowerem przez płot wydał jej się dość absurdalny. Wykorzystała zatem kolejne impulsy do wrogiej sieci komórkowej aby połączyć się z Blondynką lub Szatynką-której po paru chwilach zmieniła jedną literkę, zamieniając ” y” na ” a”. Co w związku z późniejszymi wydarzeniami okazało się być bardzo adekwatne. O 8.56 udało jej się przekroczyć granicę pomiędzy światem gofrów, ryby i wiecznego karaoke, a krainą pająków, komarów, żółtych gumowych rękawic, mioteł oraz żrących detergentów z najniższej półki.
Dostała na ręce owe radosne, słoneczne, rękawice, do nich dołączono, rzecz jasna różową, ściereczkę oraz zaopatrzona została w śmierdzącego sznurkowego mopa, dwa wiaderka, butlę z magicznym środkiem wszystko-czyszczącym, miotłę zwykłą oraz miotłę, która na vizus nadawałaby się do tego żeby z Mordoru natychmiat drogą powietrzną się ewakuować.
Szatanka zapakowała Ółkę do rozklekotanego Meleksa i trzymając w zębach nader śmierdzącego ćmika, kurwując ile wlezie ruszyła z przysłowiowym piskiem opon. Meleksem. Ółka, ściskając kurczowo różową ściereczkę, instynktownie zaczęła szukać drogi ucieczki. Na próżno, wybrukowane polnymi kamieniami ścieżki przypomniały jej, że przecież ma dobre chęci. Po chwili zadźwięczało jej w głowie, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane i powiązawszy dwa fakty swoich chęci i bruku, który przy prędkości Meleksa powodował nagłe wstrząśnięcia Ółkowego mózgu, zrozumiała- welcome to hell.
Szatanka z kpiącym uśmieszkiem zapoznała ją z obowiązkami. Wytrząśnięty mózg Ółkowy nie do końca rozumiał ów zakres, dlatego bidulka uśmiechała się słodko kiwając porozumiewawczo jeszcze pachnącą szamponem, czystą główka. Główka Ółki, nie dość, że po dość krótkiej chwili przestała już być sucha i pachnąca, to jeszcze powoli zaczęła pękać. Bo tak: jest 6 sporych domków- dla tych letników, których nie ma. Domki mają całkiem spore tarasy na których dumnie rozpierają się , zupełnie gustowne i pokaźnych rozmiarôw, zestawy mebli ogrodowych. Domki są we władaniu pająków. Pająki, jak to pająki mają w zwyczaju, rozpinają wszędzie gdzie się da przepiękne pajęczyny na których z reguły malowniczo prezentuje się rosa. W tych pajęczynach akurat nic malowniczego nie było, bo na każdej z nich siedział pająk, a Ółka miała zakończyć ich panowanie. Pod rynnami, pod krokwiami, nad lampkami. Wszędzie, wszędzie. Przypomniało jej się jak kpiła z arachofbii Yo. Teraz sama zaczęła się trząść. Za każdym razem kiedy nie trafiony miotłą, dotychczasowy Pan i Władca spadał na Ółkę, Ółka wydobywała z siebie milczący krzyk przerażenia. Potem pojawiła się Blond Królowa i zaczęła Ółkę popędzać. Zatem Ółka musząc ogarnąć 6 sporych domków, przyspieszyła. 6 tarasów lub według Ółkowych oczu tarasisków- myju myju, chlastu chlastu. Kilkanaście parapetów-również. 12 par drzwi z PCV mażących się nieziemsko-potraktowanych różową ściereczką z magicznie mażącym wszystko detergentem. 24 krzesła, 6 stołów, milion jaskółczych gówien. Kilometry zamiecionych chodniczków przy ścianach domków. Ółka z zalanymi słonym potem, bo łzy to jeszcze nie były, oczami wszędzie słyszała już złowrogi pomruk Saurona. Z niepokojem patrzyła na jeszcze nie używaną miotłę do fruwania, która jednak złośliwie wciąż stała na ziemi i w końcu wydała komendę-” powymiataj sosnowe ziarenka spomiędzy wszystkich międzydomkowych kamieni”, tylko szybko. Wtedy Ółka poczuła, że właśnie wymiata swoje dobre chęci.
Po 8 godzinach wszędzie widziała pająki i pieprzone sosnowe nasionka. Usiadła na zamiecionych kamieniach zastanawiając się co kupić za godzinę swojej pracy. Dwa browary czy bułkę i serek. Pić jej się chciało jak cholera, a że bułką pragnienia nie zaspokoi, a piwem i pragnienie i głód owszem ,zdecydowała się w drodze powrotnej kupić u Rudej dwa Broki typu Sambor. Zamknęła na chwilę oczy żeby zebrać się przed rowerową drogą powrotną. I wtedy usłszała tak upragnione od tygodnia „miałłł”. Zamarła. Znienawidziła swój mózg za wodzenie jej na manowce, ale ów dźwięk nie ustawał. Otworzyła oczy. I się pojawiło Czarne Kocię z niebieskimi jeszcze oczętami. Malutkie, ledwie łażące. Serce Ółki natychmiat się rozpłynęło gdyż Oses od razu przytulił się do jej nóg. Dotyk futerka jakoś nagle ją uspokoił, choć zmęczone ręce trzęsły się Ółce nieziemsko. Kot furczał, ona siedziała urzeczona. Popatrzyli na siebie i kot rozdarł się nieszczęśliwie, werbalizując wszystko, co krzyczała Ółczyna dusza od 9 rano.
Porozumienie nastąpiło bez słow.” Piątkowy kociokwik” zakwiczało w Ółczynej głowie. Pożegnała Osesa i rozklekotaną kozą powlokła się na swoją kwaterę.

Sobota
Po raz pierwszy od tygodnia Ółka zasnęła i pomimo wyjącej w nocy „mojej małej blondyneczki” obudził ją dopiero budzik, który z oślim uporem traktowała drzemką aż do godz 7.00. Otworzyła oczy i zaczęła bowoli badać stan swoich mięśni. Poczuła, że ma ich znacznie więcej niż wczoraj rano i każdy krzyczał donośnie chcąc być zauważonym. Nad cienkimi mięśniowymi głosikami huczał jednak kręgosłup lędźwiowy. Ółka zaczęła je uszyszać i wstawała szyszając nieustannie. Powlokła się do kuchni, włączyła trójkę i czekając na wrzątek zajęła się liczeniem ukąszeń na prawej łydce. A liczba ich 30 i 7 zanotowała w głowie i udała się wykonać poranną toaletę. Okiełznawszy w podstawowym stopniu się oraz swój żołądek, przeżegnała się i wsiadła na kozę. Poczuła bolesny ból dupy po wczorajszej drodze, zaklęła siarczyście, założyła słuchawki i o godz. 8.39 stawiła się pod bramą milczącego Mordoru.

Ten dzień okazał się być pełen niespodzianek. Pierwszą z nich była informacja uzyskana od Szatanki. Ółka dowiedziała się bowiem, że MOŻE IŚĆ naplażę. Do spełnienia był tylko jeden waruneczek, acz konieczny. Drogę do owej plaży i szumiącego morza musi Ółka znaleźć . Ółka poczuła się jak Sam, dzielnie pomagający opracować drogę ucieczki z Mordoru. Niestety nie była sama, ponieważ do owego Bardzo Ważnego zadania przydzielono jej Maniusia, postać niezwykle barwną i socjologicznie interesującą. Nie był to niestety Frodo. Maniuś był od Ółki ciut starszy, ale wyglądał na więcej niż ciut starszego. Przywitał ją świdrującym spojrzeniem kaprawych oczek i tchnął w nią, a jakże, bardzo już świeżego ducha, piwa marki Wojak – jak zdążyła dostrzec w meleksowym podajniku napojów.
Maniuś w Mordorze był od ponad roku i nie tylko sezonowo. Znał wszystkie tajemnice i to on zdradził Ółce, że Szatanka wykończyła dotychczas oficjalnie dwóch facetów i teraz próbuje zakopać przyjaciela internetowego ze Słupska, pojawiającego sę regularnie dwa razy w tygodniu posiadającego na stanie żonę sztuk jedną, oraz potomstwa sztuk dwie. Uroczo opowiadał o swej chlebodawczyni, nie szczędząc jej epitetów dziwkarsko, kurwiasto, zajepojebanych. Maniuś był od wszystkiego, a jego dniówka wynosiła polskich złotych 50, a zdarzało się, że bidulek zapierdalał 14 godzin na dobę. Ale nic to.
Maniuś oszczędny był raczej w słowach, używał generalnie pięciu – zamiennie. Ółka starała się go słuchać uważnie, ale pomimo swej wrodzonej inteligencji, interpretacja większości fraz okazywała się być zbyt trudna. Maniuś był jednak niewzruszony, gadał jak najęty, pryskał kąsaną przez owady Ółkę ” offem”, poił ją wodą niegazowaną i pocieszał, że ” damy kurwa radę, tylko nie wiem po co „. W sumie Ółka też nie wiedziała po co. Bo ona zamiatała, kilkusetmetrową prowadzącą przez nie utwardzone wydmy drogę na plażę, z których to wydm absolutnie przecież na drogę nie zawiewało, oraz oczyszczała ową drogę z zielska oraz szyszek, które z pewnością przeszkadzały letnikom, których nie było, a Maniuś miał za zadanie przerzucać piasek z jednej strony drogi na drugą. I zamiatać też Maniuś miał. Spędzili tak w swym towarzystwie 6 godzin gwarząc od czasu do czasu. Ółka dowiedziała się, że Maniuś do szczęścia potrzebuje tylko kanapy, telewizora i piwa i więcej doczesnych oczekiwań nie posiada. Dowiedziała się też dużo o Szatanicy, ale że wszystko zawarte było w pięciosłownej Maniusiowej szaradzie Ółka niespecjalnie zrozumiała jego bazę danych. Po owych długich i jak cholera męczących 360 minutach, Ółka przedarłwszy się przez swoje bojowe zadanie, ocierając pot z czoła, uszu i spomiędzy cycków, usłyszała, że byli zbyt opieszali. Zwieziono ją zatem zpowrotem meleksem do Mordoru i nakazano czyścić z zielska i znanych jej już pieprzonych sosnowych nasionek pozbruk. Lędźwiowy kategorycznie odmówił bycia kręgosłupem Ółki. Zaparł się w jedną stronę i nijak nie mogła go ruszyć. Pełzając po bruku, tudzież depcząc swoje dobre chęci, dobrnęła do 17. Zebrała narzędzia i powlokła się do Blondyny zdać raport. Po drodze potknęła się o Oseskę, która wydawała się być równie zagubiona jak Ółka. Przykucnęła przy kocie i przytuliła mruczący czarny łepek. Nie mogła jej w niczym pomóc. Obie tkwiły w mordorowym gównie po uszy.
I tu nadszedł czas na niespodziankę numer 2. Na przeciw wyszła Ółce Satanica z gębą wykrzywioją do granic rozciągłości. Ółka nie wiedziała czy trzepnął ją nagły paraliż twarzy ( jakże to by było pięknie ) , czy pogryzło ją stado os ( swój do swego ciągnie ), czy może Satanica próbuje się uśmiechać ( tę wersję odrzuciła najszybciej ). Jakże jednak mylnie odrzuciła opcję Satanicznego uśmiechu, gdyż ta, ziejąc przetworzoną nikotyną, objęła Ółkę czule ( Ółka zanotowała: zaraz po powrocie na kwaterę wyszorować się oraz wyprać bluzeczkę ) i słodziutko wyszeptała ” zdecydowanie za wolno pracujesz ” po czym wręczyła jej zaharowaną przez 16 godzin stówę i dodała ” jak będą letnicy ( ci, których nie ma ), zadzwonimy do Ciebie”. Ółka zbyt zapowietrzona, by powiedzieć cokolwiek, zacisnęła bolące dłonie chcąc jej przywalić, ale bólu już sobie dokładać nie chciała w związku z czym, rzuciła Satanicy żmijczo-mordercze spojrzenie, wręczyła jej narzędzie pracy-tępy nóż- kierując jego ostrze w obwisłą i nieobfitą pierś babsztyla i odwróciła się na pięcie. Pożegnało ją jęknięcie Oseski. Ółka pożegnała Mordor pierdalnięciem bramą, tak mocnym, że brama jęknęła również.

Stereo

Uczà się od siebie. On od Niej arystokratycznego strzàsania łapki. Ona od Niego bezczelnego ładowania się na stół. On od Niej strategii wskakiwania na parapet. Ona od Niego wskakiwania w ogóle. Uczà się też myć. Nawzajem. On Jà żebrania o jedzenie. Ludzkie też. Ona Jego zamiatania łapkà całego mieszkania. Jin Jang. Duet idealny. Gandzia i Mefi.

20140110-084347.jpg