Dwa dni

Nie było mnie. Mieszkanie zostawiłam wysprzątane. Miski napełnione. Kwiaty podlane. Koty wymiziane i uprzednio na nieobecność moją przygotowane. Zostawały z minami
jesteśmy dorośli, doceniamy Twoje starania i będziemy grzeczni. Pa kochana, baw się dobrze i pozdrów Rudego
Dwa dni później.
Sodoma i gomora. Miski puste i w zupełnie innym miejscu. Kwiaty poprzesadzane, gałązki z wazonów wyrzucone na podłogę. Świeczki raczej nie w świecznikach. Książki najwyraźniej przeczytane i nie odstawione na półki.
A Koty? Jak to koty. Uświadomione, mądre, grzecznie leżące na kanapie. Czekające na mizianie i milion komplementów. Bo przecież grzecznie przez te dwa dni czekały. Absolutnie nic nie robiąc.
Moja dusza na ramieniu drży na myśl o pozostawieniu aniołków do wtorku.

MARUD

Rudy marudzi. Bo doktory pojechali się weekendować z wyżłem a ja zostałam z MaRudem. Rudy Marud jest nie kontent. Bo ogród zamknięty, bo słońce nie świeci, bo ja średnio atencyjna jestem. Łazi i jodłuje. Śmietanka ma złe UHT, i procentami się MaRud śmietankowymi nie upije. Szyneczka z indyka też mu chyba procentem mięsa nie odpowiada, a karma, co na co dzień działa, w majówkę działać przestała. Marudzi Rudy. Wyjątkowo MaRudny Maj.

20140502-145944.jpg