Zdrajcy

Mamy gościa. Znaczy się koty mają. Mieszka z nimi chwilę, nota benę, uroczy człowiek Yoram, prowadzący szkolenie z mediacji. No i zmediował mi, cholera, koty!
Zapytałam go wczoraj na warsztatach czy w ogóle któreś dziecko widział. Spojrzał lekko zdziwiony. Koty, Drodzy Czytelnicy, SPAŁY z Yoramem. Koty, zaczynam chlipać, bumsają Yorama. Koty na krok go nie odstępują. Zrobił im takie mediacje, że kiedy dzisiaj w warsztatowej przerwie wpadłam do domu, Koty uśmiechnięte, leżały wtulone w siebie na Yoramowej walizce… Serce mi pęka. Po warsztatach z mediacji zapiszę się chyba na asertywność, bo mam wrażenie jakby moje koteczki opuściły gniazdo.
Albo… Pójdę z nimi na mediacje do Yorama i powiem im, jak bardzo zraniona się czuję.
A na Wujka, który kocha je najbardziej na świecie syczą i hyczą.
Rozumiecie coś z tego?

Reklamy

Wujek Złotousty

Rano. No, prawie rano. Siedzimy na dachu. Pijemy kawę. Mruczek kraży dookoła nas. Zatacza kolejne kółeczka. Kółeczkuje Kotek. Wujek, melancholijnie, popijajac kawę, stwierdza: zachowuje się jak więzień na wybiegu.
Mruczuś już też strzela fochy.

Wieczorna refleksja

Pijemy sobie. Tak trochę. Gandzia się pałęta. Wujek stwierdza, że to bardzo szary kotek. Ja pokazuję mu dowód na to, że liliowy. Wujek szyderczo oznajmia, że chyba zeschnięta lilia. I powinnyśmy wiedzieć jak wyglada. Zeschnięta lilia. Obie z LILIOWA mamy focha.

Konstatacja

Dach. Rano. Czarny kot biega za jaskółkami. Po dachu. Dachowiec. Gandzia leży na kanapie. Wujek konstatuje. Wiem dlaczego nie wychodzi. Bo nie jest dachowcem. Gandzia potwierdzajac pokazała mu rodowód.

Kompresja

Siedzimy na dachu. Na palecie. Wujek konstatuje, patrzac w błękitne niebo: w jaki sposob Gandzia miesci się pod prysznic? Musi mieć bardzo dobry skrypt kompresujacy. No.

BURZLIWA NIEDZIELA

Jak zapewne niektórzy wiedzą, Kot William przebywa teraz w bardzo dużym domu z bardzo dużym ogrodem do którego drzwi z reguły są otwarte. W takich warunkach trudno znaleźć małego kotka, który jest kotkiem wszędobylskim i eksplorującym. Niedziela nie zaczęła się przesadnie ładnie, ale wypiłyśmy z mamą kawę na tarasie, poźniej zajęłyśmy się swoimi sprawami, a jeszcze później pojawiła się ONA. Burza. Zaaferowane pozbierałyśmy z ogrodu wszystkie szmatki, leżaczki i inne nie wodoodporne rzeczy i schroniłyśmy się w domu. Na dworze lało. Przez dobrą godzinę. Ja na piętrze, mama na parterze, każda robiła bardzo ważne rzeczy. Kiedy się ulewa skończyła ewakuowałam się ze swojego zacisza i zeszłam do mamusi. Grzecznie zapytałam gdzie jest kotek. Zaskoczona Mamusia, dziwne, zadała mi to samo pytanie. Wyżeł spał, więc zapewne pytanie padłoby po raz trzeci, tym razem, ze strony wyżła. Lekko zbladłyśmy, nadal bez udziału wyżła. Wybiegłyśmy na taras, w panice, tym razem już w towarzystwie wyżła. Pod drzwiami leżała mokra ruda szmatka, która z pewnych względów mogła przypominać kotka. Przypominała, ponieważ łypnęła na nas złowrogo. Bardzo. Tak to był jednak rudy kotek, tylko taki trochę bardziej mokry niż zwykle. Mamusia czule owinęła go w ręcznik proponując herbatkę z miodem i cytrynką. Ja zaproponowałam szklaneczkę czegoś mocniejszego. Obudzony już całkiem wyżeł, miał w oczach wypissane, że powinnyśmy kotka najpierw polać szamponem dla zwierząt, a potem zostawiĆ pod ponad godzinnym prysznicem. Kotek kichnął, spojrzał cynicznie przekazując nam komunikat robicie burzę w szklance wody. A potem poszedł strzelić focha.