TABLETUNIA

Koteczka, a w zasadzie Koteczki, Panienki Dwie, profilaktycznie należało odrobaczyć. Tabletuniami. Zło chciało, że należało je odrobaczyć ostatniego wieczoru lata. Kotunie najwyraźniej tęsknią już za latem, a bardzo nie tęsknią za jesienią. Tabletunie, rzecz jasna, nie miały tu nic do rzeczy. Taki, o, pretekścik. A skoro już się pojawił pretekścik ów, grzechem byłoby nie skorzystać. Zatem najpierw w mój lewy nadgarstek wbiło się ponad 7 kilo koteczka liliowego. Potem owe 7 kilo wbiło się w uda, sturlało na łydkę zrobiło piruecik i zgubiło po drodze tabletunię. Owinęłam rany ręcznikiem papierowym i zapakowałam koteczkę mą ukochaną, w różowy swój szlafroczek. Szlafroczek został pokalany wymemłaną tabletunią, krwią moją oraz łzami wściekłości najłagodniejszego kota świata. Brytyjskiego. Nie wiem gdzie jest tabletka, nie wiem, gdzie jest koteczka, wiem, że kończy się lato i broczę krwią.
Pozostało kilo sześćset kota czarnego. Kotulinki w sensie. Słodkiej, uroczej, maleńkiej i ojej najpiękniejszej. Kilo sześćset kota zrobiło do tabletuni (mniejszej niż tabletuni kota ponad 7 kg) podejść kilkanaście. W najróżniejszych konfiguracjach ręczniczkowych i szlafroczkowych i ściereczkowych i moich sweterkowych i skórnych moich rzecz jasna również… Wiem gdzie jest Kotulinka. Na mojej poduszce. Tabletka jest gdzie bądź. Na pewno nie w Kotulince. Zdjęć nie robię, bo zakrwawię obiektyw i w ogóle wszystko, co aparatowe. Zakrwawię zaraz też Kotulinki, bo szczerze mam ochotę wrzucić na OLX ogłoszenie „ urocze, śliczne dwie kocie dziewczynki, łagodne, mruczące, zaszczepione i CHYBA odrobaczone, szukają swoich Człowieków. Wymagania konieczne: pazuroodporność, zęboodporność, zgoda na leczenie psychiatryczne po kilku miesiącach pobytu z koteczkami. Ja muszę niestety wyjechać. Na leczenie”.
Na dłużej niż na nadchodzącą jesień.
Drodzy Czytelnicy, nie zapominajcie odrobaczyć tabletuniami swoich Koteczków.

Reklamy