Niedziela.

Jest.
Wczoraj byłam na koncercie Świetlików. Kto zna, ten wie, jakie mogą wywołać emocje. Mogą.
Weszłam rano do kuchni. Po kawę. Coś zachrobotało pod stołem. Pufa. Zachrobotała. Zawsze chrobotał Mruczysław. Po jego odejściu przestało chrobotać.
Dzisiaj zachrobotała na kostce, po raz pierwszy, Mia.
Od czasu kiedy odszedł, nikt pufy nie używał. Bo była jego.
Też jest czarna. Kota. Krawatki nie ma, bo to dziewczynka jednak. I oczy ma bardziej niż Mruczuś zdziwione i żółte bardziej. Też. Gada trochę mniej, ale rozkręca się coraz i coraz. I w gadaniu rozkręca nawet Gandzię. Rozkoszna jest w tej, budzącej się w niej jeszcze, kotowatości. Wzruszająca w tym, że tak bardzo przypomina Kota, który przed nią zaanektował sobie kostkową pufę.
Tęsknota jest smutna. Smutno jest tęsknić za Mruczysławem.
I jeszcze Świetliki.
Powiedziałem: znam takie miejsce,
gdzie przychodzą umierać koty.
Zapytałem: chcesz je zobaczyć?
Odpowiedziała: nie chcę.
Powiedziałem: jest czyste i ważne.
Powiedziałem: jest jasne i pierwsze.
Zapytałem: chcesz je zobaczyć?
Odpowiedziała: nie chcę.
Powiedziała to w taki sposób,
że musiałem odwrócić się od niej.
Od tamtej pory
powoli
zbliżam się do wyjścia.

20151129-160555.jpg