O nas

Tak naprawdę nigdy nie lubiłam kotów. Miałam patyczaki, miałam królika, miałam cudownego psa, drugiego, rąbniętego, mam do dzisiaj. Koty były zwierzętami, które niekoniecznie mnie pociągały. Nie kycikiciałam przy każdym napotkanym futrze (co robię teraz), nie wydawałam ostatnich pieniędzy na Gourmeta (co robię teraz), nie planowałam przemeblowania mieszkania pod kątem – tej szafki tu nie może być, bo przecież drapak trzeba postawić (co robię teraz). Po jakimś czasie zrozumiałam – żeby mieszkać z kotem, trzeba do tego dorosnąć. No i dorosłam. Do dzisiaj pamiętam tą radość pomieszaną z przerażeniem kiedy wiozłam z wrocławskiej hodowli rashid.pl rozkoszne wszędzie włażące rude kocię. To był William. William – prekursor Pazura. Przeszliśmy razem wiele, co jest uwiecznione na tej stronie. Sinusoida uczuć jak z każdym facetem. Tyle, że Will, mimo wszystko, jest stały w uczuciach. Później pojawiła się Milou, rozkoszna trzykolorka znaleziona na śmietniku, odratowana przez sąsiadkę. Niestety jej panowanie w naszym mieszkaniu nie trwało długo, dlaczego – wszystko można znaleźć na blogu. Mając jednak wewnętrzne przekonanie, że mimo braku kocurowatości William potrzebuje jednak kobiety, pojawiła się Lasia z Trójmiasia, najcudowniejsza pod słońcem kotka brytyjska – Gandzia (to ona wpadła na pomysł skręta z kocimiętki). William przeżył, bo to w końcu arystokratka i koty się dotarły, a blog zyskał nową bohaterkę. Doszłam wówczas do wniosku, że dwa koty to ilość kotów optymalna. Jakże się jednak myliłam. Optymalna ilość kotów to trzy o czym przekonał mnie Mefisto, który wylazł z piekieł i rozłożył się na naszej zielonej kanapie. Blog zatem zrobił się rudo-szaro-czarny. O wszystkim co się dzieje, z radością, czasami też pewnie ze smutkiem, będę Wam donosić.

Reklamy